Damian Krumplewski z Mrągowa od 12 lat jest sędzią piłkarskim i prowadzi mecze 1. ligi. W rozmowie z Pawłem Krasowskim mówi o początkach swojej sędziowskiej kariery, treningach, hejcie w internecie bez odpowiedzialności i sile, jaką daje mu rodzina.

— Jak zaczęła się Twoja przygoda z sędziowaniem meczów piłkarskich?
— Moja przygoda z sędziowaniem zaczęła się od tego, że od zawsze kochałem sport – każdy, niezależnie od dyscypliny. Pamiętam, jak razem z tatą oglądaliśmy wszystko, co wiązało się ze sportem: skoki narciarskie z Adamem Małyszem, siatkówkę, piłkę ręczną, piłkę nożną czy igrzyska olimpijskie. Zawsze byłem na bieżąco i myślę, że zostało mi to do dziś.
Sam wcześniej grałem w piłkę – w klasie okręgowej, w zespole Wilczek Wilkowo. To tam rozwijałem się jako „piłkarz”. W pewnym momencie dotarło do mnie jednak, że wielkiej kariery jako zawodnik nie zrobię, a ambicje miałem duże. Dlatego postanowiłem poszukać innej drogi w futbolu i zapisałem się na kurs sędziowski.
Sędziowanie pojawiło się na początku spontanicznie – razem ze znajomym, który też chciał zostać arbitrem. I tak, krok po kroku, z większymi i mniejszymi przygodami, ale konsekwentną i ciężką pracą doszedłem do miejsca, w którym jestem dzisiaj. W tym roku awansowałem do grona sędziów Top Amator A, czyli poziomu, który uprawnia do prowadzenia meczów pierwszej ligi, z możliwością sędziowania również Ekstraklasy. Jestem z tego naprawdę dumny.

— Pamiętasz swój pierwszy, poważny mecz w roli sędziego?
— Szczerze mówiąc, nie pamiętam swojego pierwszego „poważnego” meczu w roli sędziego. Nie przywiązuję do tego dużej wagi, bo od początku traktowałem każde spotkanie tak samo – jako kolejne doświadczenie. Za to doskonale pamiętam jedną z pierwszych wpadek. Zostałem wyznaczony na mecz w Kozłowie, ale pomyliłem daty. Pojechałem w niedzielę, a na stadionie były tylko dzieci kopiące piłkę. Powiedziały mi, że mecz był wczoraj i że sędzia nie dojechał. Tak mi było wstyd, że udawałem, iż przyjechałem tylko pooglądać. Wejście do organizacji miałem „ciekawe”, ale później było już tylko lepiej.
Niezależnie jednak od tego, czy jest to mecz B-klasy, czy Ekstraklasy, zawsze powtarzam, że każdy ma swoją Ekstraklasę. Jako wiceprzewodniczący Kolegium Sędziów WMPZN i Przewodniczący Komisji Szkoleniowej bardzo dbam o to, by sędziowie rozumieli, że sposób, w jaki podchodzimy do meczu, jest najważniejszy. Dla zawodników – czy to dzieci, czy dorosłych – ten konkretny mecz jest najważniejszy i oni zostawiają na boisku serce. My musimy to szanować.
Mam szczególny sentyment do grup młodzieżowych – może dlatego, że moje dzieci też grają w piłkę – i uważam, że sędzia w takich rozgrywkach powinien być nie tylko arbitrem, ale także przykładem, nauczycielem, a czasem mentorem. Widzę, ile młodzi zawodnicy mają w sobie pasji, energii i marzeń. Podobnie w B-klasie i A-klasie, gdzie zawodnicy często łączą grę z pracą, szkołą i obowiązkami, ale zostawiają na boisku wszystko.
Dlatego fundamentem jest pełny profesjonalizm, niezależnie od poziomu rozgrywek. Trzeba być otwartym i ludzkim – błędy popełnia każdy, ale jeśli potrafimy je wytłumaczyć zawodnikom i trenerom, zwykle nie ma problemu. Najważniejsze jest zaangażowanie na sto procent i szacunek do ludzi.

— Jaki był Twój najłatwiejszy, a jaki najtrudniejszy mecz, który sędziowałeś?
— W sędziowaniu tak naprawdę nie ma łatwych meczów. Tak jak mówiłem wcześniej – każdy ma swoją Ekstraklasę i każdy chce wygrać. Czasem z boku wygląda to spokojnie, bo nie ma sytuacji w polu karnym do oceny i ktoś może powiedzieć, że taki mecz był najłatwiejszy. A prawda jest taka, że często właśnie wtedy wykonuje się tytaniczną pracę w zarządzaniu zawodnikami, rozmową, gaszeniem „zapalników”, czyli potencjalnych konfliktów. Czasem jedno odpowiednie podejście, jedno słowo czy bieg między zawodników sprawia, że nie dochodzi do spięcia – i to też jest praca sędziego, której nie widać w statystykach.
Jeśli chodzi o najtrudniejsze mecze, to kilka na pewno pamiętam. Jednym z nich był mecz 3. ligi: Victoria Sulejówek – Polonia Warszawa. To było naprawdę wymagające spotkanie, w którym dużo się działo, tempo było bardzo wysokie, a stawka ogromna. Jedni walczyli o awans, drudzy o utrzymanie, a mecz skończył się chyba wynikiem 3:3. Pamiętam, że tego dnia przebiegłem ponad 14 kilometrów.
Drugi z trudnych meczów to Pogoń Siedlce – Polonia Bytom w 2. lidze. Do przerwy było 0:3, a skończyło się 3:3. Walka trwała dosłownie do ostatniej minuty, a w polu karnym działo się naprawdę sporo. To było jedno z tych spotkań, gdzie adrenalina trzyma do samego końca, ale pamiętam, że dostałem za nie bardzo wysoką ocenę.

— Czy sędzia, tak jak piłkarz, trenuje?
— Tak, oczywiście. Sędzia też trenuje – i to regularnie. W moim przypadku są to zazwyczaj 3–4 treningów w tygodniu, czasem dwa, jeśli obowiązki na to nie pozwalają. Mamy również ogólnopolskie zgrupowania co trzy miesiące, gdzie szkolimy się wszyscy razem. Każde takie spotkanie to treningi o wysokiej intensywności, analiza sytuacji boiskowych oraz kontrola tkanki tłuszczowej, więc nie ma miejsca na „odpuszczanie”. Musimy być w formie przez cały rok, dokładnie tak jak zawodnicy.
Podczas meczów przebiegamy praktycznie tyle samo kilometrów co piłkarze, więc przygotowanie fizyczne musi być na bardzo wysokim poziomie – to podstawa. Wielu z nas dba o zbilansowaną dietę, regenerację, odpowiedni sen i trening uzupełniający, bo bez tego nie da się funkcjonować na takiej intensywności.
Dodatkowo co pół roku przechodzimy egzaminy – nie tylko teoretyczne, ale też biegowe, na naprawdę wysokiej intensywności. Tego nie da się zdać „z marszu”. Trzeba trenować na co dzień i być w pełni przygotowanym, żeby utrzymać się w organizacji i móc prowadzić mecze na wysokim poziomie.

— Praca arbitra często spotyka się z krytyką kibiców czy piłkarzy, co – w Twoim przypadku – pokazał mecz Świtu Szczecin z Chojniczanką Chojnice. Jak skomentujesz to zdarzenie?
— To była dla mnie wyjątkowo trudna, przykra i szokująca sytuacja. Po meczu pojawiły się w mediach informacje, jakobym miał zachowywać się wobec zawodnika w sposób arogancki, chamski, a nawet używać wulgaryzmów. Zawodnik twierdził, że nazwałem go w obraźliwy sposób. Dla mnie to było kompletne zaskoczenie, bo nigdy w życiu nie pozwoliłem sobie na takie zachowanie wobec kogokolwiek – ani na boisku, ani poza nim.
Natychmiast zareagowałem, oficjalnie dementując te doniesienia poprzez PZPN. Drużyna gości zapowiedziała, że posiada rzekome dowody, ale nigdy żadnych nie przedstawiono – po prostu dlatego, że ich nie ma. Nie było, nie ma i nigdy nie będzie, bo to zwyczajnie nieprawda. Sprawa wciąż jest w toku, więc nie mogę mówić o wszystkim, ale emocjonalnie było to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w mojej przygodzie.
Najgorsze było to, jak szybko fałszywa informacja potrafi się rozprzestrzenić. W kilka godzin stałem się dla części kibiców kimś w rodzaju „przestępcy”, mimo że nikt nie widział dowodów, a cała sprawa opierała się wyłącznie na słowach jednej osoby. Nagle 12 lat ciężkiej pracy, wyrzeczeń, walki o awans, setek przejechanych kilometrów, treningów, wyrzeczeń i poświęceń zostało podważonych jednym zdaniem w internecie. To bardzo bolesne uczucie, kiedy ktoś bezpodstawnie próbuje zniszczyć twoje nazwisko i reputację.
Moja rodzina też bardzo to przeżyła. Pojawiły się setki wiadomości – część pełna hejtu, a nawet groźby, telefony z nieznanych numerów, obraźliwe wiadomości. To zostawia ślad. My sędziowie jesteśmy ludźmi. Mamy rodziny, dzieci, bliskich. Nie jesteśmy anonimowi. Takie rzeczy naprawdę bolą.
Ale to, co dało mi w tej sytuacji siłę, to ogrom wsparcia, który dostałem. Z całej Polski – od sędziów, trenerów, zawodników, działaczy, przyjaciół, znajomych i kompletnie obcych ludzi. Pisały do mnie osoby, których nawet nie znałem, tylko po to, żeby powiedzieć: „Damian, trzymaj się, wiemy kim jesteś.” W sklepie ludzie podchodzili i mówili: „Nie wierzymy w to, znamy Cię, jesteśmy z Tobą.” To pokazuje, że to, jakim człowiekiem jesteś na co dzień, ma znaczenie. Że praca, uczciwość i podejście do ludzi jednak zostały zauważone i docenione.
Ta sytuacja nauczyła mnie też czegoś o dzisiejszych czasach. Niestety żyjemy w świecie, gdzie każdy może napisać w internecie cokolwiek, bez odpowiedzialności. A wiele osób wierzy w to, co zobaczy jako pierwsze, zamiast poczekać na fakty. To przykre, ale prawdziwe.
Ja wiem jedno – prawda jest po mojej stronie. Robię swoje, pracuję dalej, rozwijam się, szkolę młodych sędziów, dbam o swoje nazwisko i swoją rodzinę. Ta sytuacja mnie nie złamała. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej pokazała mi, żeby nie rezygnować ze swoich zasad, bo uczciwość i charakter są ważniejsze niż chwilowy krzyk w internecie.

— Jakie masz cele i plany na przyszłość, tę bliższą i dalszą?
— Moje cele od lat pozostają takie same. Każdego dnia marzę, pracuję i staram się rozwijać. Nie zmieniam swojego podejścia – po prostu jestem sobą i staram się być lepszym człowiekiem i sędzią. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby moja rodzina mogła na tym korzystać, bo to oni są moją największą siłą. Ostatnie wydarzenia też wiele zmieniły w mojej głowie i w podejściu do życia.
Kocham sport, piłkę nożną i sędziowanie, ale jeśli chodzi o plany – nie wybiegam daleko w przyszłość. Cieszę się z każdego spotkania i każdego kolejnego dnia. Już to, co przeżyłem do tej pory, jest dla mnie czymś niesamowitym. Pochodzę z małej miejscowości Muławki koło Kętrzyna, a dziś praktycznie co tydzień jestem na wielkich, pięknych stadionach w całej Polsce. Nigdy nawet nie marzyłem, że będzie to możliwe.
Mieszkam od prawie 20 lat w Mrągowie, a na co dzień współpracuję z sędziami z największych polskich miast. Sam fakt, że mogę być w takim gronie, to dla mnie ogromny zaszczyt. Możliwość udziału w zgrupowaniach z takimi nazwiskami, jak Szymon Marciniak, Tomasz Kwiatkowski czy Piotr Lasyk, to coś, o czym kiedyś nawet bym nie pomyślał. Dlatego nie mam wielkich planów – to, co mam teraz, jest dla mnie spełnieniem marzeń.
Jedyne, co mogę sobie postawić jako cel, to dać jak najwięcej mojej rodzinie. Przez ten sport często mnie nie było i nie ma w domu – wyjazdy na mecze, szkolenia, zgrupowania, zgrupowania zagraniczne, jak choćby dwa tygodnie w Turcji. To ogromna logistyka, organizacja i wyrzeczenia. Mam jednak cudowną żonę i trójkę dzieci, którzy są ze mną na każdym kroku. Nigdy w życiu nie doszedłbym tak wysoko bez mojej żony – jej wsparcia, zrozumienia i cierpliwości. Ogromne podziękowania należą się także teściom i moim rodzicom, którzy zawsze pomagają, kiedy mnie nie ma. Bez tego nie da się funkcjonować przy takim trybie życia i takim kalendarzu.
A więc plany na przyszłość? Żyć dalej uczciwie, ciężko pracować, kochać swoją rodzinę i cieszyć się każdym meczem. A dodatkowo – oby bez kontuzji. To też jest dla sędziego bardzo ważne.

— Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.
— Dziękuję.